Fragmenty dziennika pisanego przez Andrzeja Piętowskiego i Jerzego Majcherczyka

Dziennik

12 maj 1981

W Chivay (3600 m n.p.m.) po raz pierwszy widzimy Rio Colca. Było zimno, w nocy wszystko zamarzło. Rzeka okazała się za płytka na płynięcie. Przez radio usłyszeliśmy wiadomość o zamachu na papieża. Byliśmy wstrząśnięci.

14 maj 1981

W drodze z Chivay do Cabanakonde (60 km), zatrzymaliśmy się nad kanionem w miejscu zwanym „Krzyż kondora”. Ściany wąwozu osiągają tu największą wysokość – 3400 m. Z Cabanakonde (3380 m n.p.m.) zeszliśmy wąską ścieżką do wiszącego mostu (2200 m n.p.m.), przecinającego rzekę w miejscowości Tapay. Sprawdziliśmy okolice i wróciliśmy do Cabanakonde przespać się przed wyruszeniem.

15 maj 1981 – 16 maj 1981

Wynajęliśmy 5 tragarzy i przez dwa dni pakowaliśmy potrzebny sprzęt i żywność.

17 maj 1981

Cały dzień zabrało nam wyruszenie w podróż i dotarcie do miejsca skąd można było zejść na wodę.

18 maj 1981

Wreszcie wyruszyliśmy. Nas sześciu na pontonie (A.Piętowski, P.Chmieliński, J.Majcherczyk, K.Kraniewski, St.Danielski, J.Bogucki) reszta.(Andrzej i Piotrek) na kajakach,. Przewidywaliśmy że na pokonanie 100 km potrzebujemy ok. 10 dni. Na tyle też zabraliśmy ze sobą żywności. Przez pierwszy dzień zrobiliśmy tylko 3 km

19 maj 1981 – 20 maj 1981

Trafiliśmy na „szybszą” wodę. Zalewały nas 2.5 metrowe fale. Ponton na długi czas krył się pod wodą. Gdy wyszliśmy z odwojów, musieliśmy łapać Stefana który wypadł z pontonu. Gdy wyszedł z wody wybuchliśmy śmiechem. Oprócz kamizelki i kasku nie miał na sobie nic. Woda zdarła z niego całe ubranie. Przy wywrotce pontonu straciliśmy trochę lin, 3 wiosła i dużo drobnych rzeczy. Podczas pokonywania miejsca „szóstkowego” skonstruowaliśmy z lin i pontonu pomost po którym przenosiliśmy rzeczy. Przepłynęliśmy tylko 3.5 km Obóz rozbiliśmy przy 2 ogromnych wodospadach.

21 maj 1981

Pół dnia zeszło nam na przenoszeniu sprzętu (ponad 300 kg) przez te wodospady. Rzeka stawała się coraz trudniejsza. Andrzej ledwo wydostał się ze skalnej pułapki. Połamany kajak musieliśmy zostawić. Zgubiliśmy pieniądze.

22 maj 1981 – 24 maj 1981

Przepłynęliśmy miejsce klasy 6 i kilka od 3-5. Dalej robimy po 4 km na dzień. Znaleźliśmy gorące siarkowe źródła w których się kąpaliśmy. Zaczęliśmy racjonować żywność. Wokół nas tylko woda, skała, sól. Ani jednej rośliny. Nie ma szans na zdobycie pożywienia. Nocujemy w pieczarze, pośród wyschniętych wodospadów.

25 maj 1981 – 26 maj 1981

Wpłynęliśmy do kanionów o prawie pionowych ścianach z usianymi wzdłuż brzegu ogromnymi głazami. Ciągle kluczyliśmy między nimi szukając drogi. Robiliśmy mosty z pontonu żeby przejść po nim. Na każdym kilometrze traciliśmy 100 metrów wysokości. Byliśmy wyczerpani. 26 maja był najgorszy. Rzeka wyglądała jak po trzęsieniu ziemi. Jedno wielkie rumowisko. Jedliśmy tylko raz dziennie zmniejszony do niemożliwości posiłek.

27 maj 1981

To był czarny dzień wyprawy. Wielki odwój wciągnął ponton. Po 15 minutach walki udało nam się go wyciągnąć. Zamarliśmy. Dno pontonu miało 4,5 metrową dziurę. Straciliśmy prawie wszystkie liny. Poniżej natrafiliśmy na trzy miejsca nie do przepłynięcia. Na ich obniesienie straciliśmy całą noc. Przed zaśnięciem zjedliśmy nasze ostatnie racje żywnościowe w grobowej ciszy. Jakby nie było tego wszystkiego mało, Andrzej poczuł bóle oka. Nie mieliśmy odpowiednich lekarstw aby mu pomóc.

28 maj 1981

Sytuacja była krytyczna. Z mapy wiedzieliśmy, że jesteśmy w pobliżu Hacjenda Canco, ale nie wiedzieliśmy jak blisko. Jedynym wyjściem było płynięcie dalej. Musieliśmy pokonywać bystrza i miejsca o trudnościach od 3-5, co przy sprawnym sprzęcie nie jest łatwe. A my byliśmy głodni, wyczerpani, ponton miał rozprute dno. Na szczęście Piotrek miał sprawny kajak i mógł nas prowadzić płynąc przodem. Dzisiaj widzieliśmy najpiękniejsze wodospady w całym kanionie o wysokości Ok. 10m. Czuliśmy że jesteśmy blisko Canco Pojawiła się roślinność. Nazwaliśmy je „Wodospadami Jana Pawła II”. Plan dotarcia do Canco ożywił nas. Wyglądaliśmy jak żołnierze Napoleona wracający spod Moskwy, przenosząc resztkami sił sprzęt przez wodospady. Największe problemy miał Andrzej który nic nie widział na opuchnięte oko. Nie doszliśmy do Canco przed zachodem słońca. Ludzie, którzy nas spotkali, patrzyli w nasze twarze i bez słowa częstowali jedzeniem. Dostaliśmy jaja, słodkie ziemniaki (pataty), owoce. Czegoś tak smacznego nigdy nie jedliśmy.

05 czerwiec 1981

Czterech z nas pojechało do Huambo gdzie w Marcon Project dostaliśmy lekarstwa i transport do Areguipy. Tam kupiliśmy potrzebną żywność. Po klej do reparacji pontonu i kajaków musieliśmy jechać aż do Limy.

06 czerwiec 1981 – 07 czerwiec 1981

Dwa dni zajęła nam naprawa pontonu i kajaków. Zbieraliśmy siły odpoczywając i kąpiąc się w pobliskich gorących źródłach.

08 czerwiec 1981

Rozpoczęliśmy drugą część naszej wyprawy. Przed nami 56 km do pokonania. Minęliśmy dopływ Rio Huambo z 10 metrowym wodospadem, później (4 km poniżej) ujście dużego dopływu Rio Mamococha. W miejscu ujścia do Colci Rio Ayo zabraliśmy zapas wody, zebraliśmy skalne próbki. Jacek zrobił zdjęcia i nakręcił kilka ujęć głębszej części kanionu. Przepływamy w ciągu tego dnia 10 km Rekord.

09 czerwiec 1981

Płynęliśmy wśród fantastycznych krajobrazów. Różnokolorowe ściany kanionu przybierały różnorakie pofałdowane formy. Znaleźliśmy duże, gorące źródła. Woda, filtrowana przez skały nadała rzece kolor brylantu. 5 km dalej podczas przenoski, nagle wśród skalnych ścian znaleźliśmy, odciśnięte na głazie, skamieniałe prehistoryczne zwierzęta

10 czerwiec 1981

Na lewym brzegu mijamy wspaniały, o 1000 metrowej wysokości, wodospad z trzema stopniami. Przepłynęliśmy kanion tak wąski, że można było niemal skakać z jednego brzegu na drugi. Trudność 3 do 4. Z prawej strony natrafiliśmy na Satay, dawny obóz poszukiwaczy złota. Potem wpłynęliśmy w kanion o wszystkich odcieniach czekolady. Tylko stanąć i jeść. Prawie fantazja. Nazwaliśmy go „Czekoladowym Wąwozem”. Zatrzymaliśmy się tam na nocleg.

11 czerwiec 1981

Tego dnia przeżyliśmy najdramatyczniejsze chwile na tej rzece. Byliśmy krok od śmierci. Wydawało się że rzeka już się poddała i szybko wypłyniemy z kanionu, ale czekała nas jeszcze walka o życie. Po pokonaniu „czwórkowego” miejsca, na którym groźną przygodę miał Piotrek pochwycony przez silny odwój, wypłynęliśmy na spokojniejszy odcinek. Nagle płynący z przodu Piotrek dał znak wiosłem do zatrzymania się. Robimy zwrot pontonem i płynąc pod prąd szukamy dogodnego miejsca. Silny prąd powoli ściąga nas w dół. Z tyłu słyszymy ryk spadającej w otchłań wody. Kątem oka widzimy zatarasowane głazami koryto i potężny rapid. Na około pionowe ściany wąwozu których rozpaczliwie próbujemy uchwycić palcami. Byliśmy 20 m przed wodospadem i nie widzieliśmy niczego dalej. W ostatniej chwili znajdujemy małą lukę w skałach do której się przyklejamy. Ale co dalej ?  Jurek podczas wspinaczki na ścianę kanionu nagle odpada. Puszcza lina do której był przypięty. Po ciężkiej walce z prądem udaje mu się dopłynąć do pontonu. Zrobiliśmy piramidę. Piotrek stanął na ramionach Jurka i trzymał końce liny w szczelinie skalnej. Potem wspiął się wyżej i krzyknął nam że widzi trzy wodospady, a za nimi spokojną wodę. Nie ma wyjścia, płyniemy. Pierwszy pokonaliśmy idealnie, lecz na drugim chwycił nas odwój. Kręcił nami i nie mogliśmy nic zrobić. Krzysiek wyskoczył na jeden z głazów i liną wyciągnął stamtąd. Prąd porwał nas dalej. Walcząc spłynęliśmy ostatni wodospad szczęślliwie. Krzysiek, niezdążywszy wskoczyć do pontonu tkwił na środku rzeki na głazie. Po skalnej ścianie Piotrek i Jurek dostali się na jego wysokość i rzucili mu linę. Obwiązawszy się nią spłynął w dół rzeki i wydostał się na brzeg. Byliśmy razem i bezpieczni. Znowu się udało. Wąwóz nazwaliśmy „Reparaz” na cześć człowieka który go odkrył i opisał.

12 czerwiec 1981

Za którymś z zakrętów znajomy już widok – WW 6, ze skałami przegradzającymi koryto. Nie ma rady – bagaż na plecy i przenosimy. 24 raz i jak się okazało, ostatni na tej rzece. W pewnym momencie ściany kanionu zbliżają się do siebie, a nurt przyspiesza. Jesteśmy już ostrożni. Przed nami 4-ro metrowy wodospad o trudności 5-go stopnia. Płyniemy go razem, z kajakiem w pontonie. Nazwaliśmy ten kanion „Kanionem Polaków”. Przed nami otwiera się nowy widok. Kanion rozszerza się, a rzeka rozlewa do 40-50 m szerokości. Bosko. Za zakrętem jeszcze kilka miejsc 3-4. Zabawa. Za nami zostaje „Księżycowy Kanion Colci”. Ogarnia nas nieopisana radość. Krzyczymy, śpiewamy, tańczymy na pontonie, wpadamy sobie w ramiona. Nikt tego nie zrobił przed nami. Jesteśmy pierwsi !!! Przepłynęliśmy pod wiszącym mostem. Obóz rozbiliśmy 2 km poniżej ujścia Rio Andemayo do Colci ….”

 

Please enter Google Username or ID to start!
Example: clip360net or 116819034451508671546
Title
Caption
File name
Size
Alignment
Link to
  Open new windows
  Rel nofollow